| Historia firmy Jacka Sowy:
Pan
Henryk Sowa zaczynał w latach
dwudziestych, u Józefa Pawluszka, a więc, sądząc z nazwiska, Polaka.
Później pracował u pana Kurzydły seniora, przy ulicy św. Jana. Na ciemnym
śródmiejskim podwórku bawiła się dziewczynka - za kilka
lat miała zostać żoną Kurzydłowego
czeladnika. A sam czeladnik, już wyzwolony
, z mistrzowskim dyplomem, zaczął
samodzielnie szyć czapki w zakładzie przy ulicy
Szewskiej. Był rok 1939. Pracownia miała w tym
miejscu przetrwać przez niespełna półwiecze,
w 1986 roku kamienica poszła do remontu,
zakład został przeniesiony na Rakowicką -
poza centrum. Niewiele brakowało, aby przestał istnieć. Syn
Henryka Sowy, Jacek, nie tylko skończył studia,
elektrotechnikę na AGH, ale rozpoczął karierę naukową. Został młodszym,
później starszym asystentem, a kiedy porzucił uczelnię, podjął pracę jako
kierownik serwisu - daleko od Krakowa, bo w Nowej Hucie, daleko od
kaszkietów, furażerek i rogatywek.
Jednak
rogatywki zwyciężyły , magister
inżynier elektrotechniki zaczął uczyć się
czapniczego fachu, aby czasem komisji
cechu krawców i zawodów pokrewnych
przedstawić majstersztyk i otrzymać mistrzowski dyplom.
Pracownia przy
Rakowickiej jest malutka, więc na górę, na antresolę, prowadzą schody
własnoręcznie sklecone przez pana Jacka. Na górze
jest gorąco, więc ziąbem dmucha klimatyzacja, a pan Jacek
wyciąga z szuflady cztery kawałki grubej tektury. To pamiątka
po ojcu i jednocześnie klucz do rogatywkowej tajemnicy.
Szablony, według których wycina się zasadniczą część rogatywki -
kwadratowe denko.
Szablony są stare,
ich brzegi wytarły się, więc trzeba chytrze dorzucić po odrobinie
materiału z każdej strony - z precyzją, jakiej nabywa się dzięki
doświadczeniu. Mało tego, mogłoby się wydać, że kwadrat przecięty dwoma
przekątnymi rozpadnie się na cztery
identyczne trójkąty. Tak bywa tylko w geometrii, w
czapnictwie już nie. Cztery szablony nie są idealnymi trójkątami, nie mają
też identycznych kształtów. I właśnie w tej nieregularności ukrywa się
tajemnica rogatywek pana Sowy. Ich doskonałość, niedościgła dla innych.
Dla kogo? Mniejsza z tym, ale są w Polsce zakłady, które produkują takie
rogatywki, że pożal się Boże...
Jednak u
państwa Sowów można też kupić mniej
uroczyste, bardziej cywilne nakrycia głowy. Na przykład
kaszkiety.
Kaszkiety - duże, miękkie,
uszyte z ośmiu brytów, zwane niekiedy
baciarówkami - zawsze kupowałem w Warszawie. Bo chociaż nowa
stolica nieomal we wszystkim ustępuje starej, to jednak
warszawscy czapnicy robili lepsze kaszkiety - było w nich coś
nieuchwytnego, ale charakterystycznego. Miękkość, plebejski, nieco
knajacki szyk, zadziorna niedbałość. Kiedy chwalę warszawskie kaszkiety,
pani Halina zbiega z pięterka i za chwilę przynosi kaszkiet jak trzeba -
prawdziwie warszawski, chociaż uszyty w Krakowie,przy al. 29-Listopada 45 D.
|